xiegacodziennosci

Just another WordPress.com site

Marzenie…

gdy pola zasnują

się deszczem

ścierniska nasiąkną

potem

a chmary ptaków

wyskubią ostatnie

ziarna porzucone

przez ludzi

nastąpi przełom

rozdzierający jak

wrzask sroki

znienacka przed świtem

będziemy podpływać pod siebie

z uwagą przekrzywiać głowę

i wsłuchiwać się

w podszepty duszy

30.07.2011 Katia

Reklamy
Dodaj komentarz »

Wczorajsza teraźniejszość

Nie da się tak całkiem odciąć od wczorajszej teraźniejszości. Ona jest jeszcze żywa we mnie na tyle, że chcę się do niej odnieść.

Co udało mi się zrealizować z wczorajszych planów?

Zakończyłam projekt pt.: „Mycie okien”, dzięki czemu czuję wdzięczność do siebie.  Jednocześnie podziwiam siebie za to, że zmobilizowałam się do tej odwlekanej czynności. Nie będę ściemniać, że skakanie po parapetach, w obliczu złej kondycji kręgosłupa jest moim ulubionym zajęciem. Szczególnie w przypadku tego największego okna, do którego jest zastawiony dostęp przez centrum komputerowe. Tym bardziej czuję ulgę, że przyszedł czas na pokonanie własnych ograniczeń. Dzięki temu świętuję teraz radość z zaspokajanej potrzeby piękna, estetyki i realizacji własnych planów! Patrzę w czyste szyby i czerpię radość ze swoich dokonań. Dla mnie to duży wyczyn. Z mojej perspektywy takie  umycie okna, czy inna czynność wykonana własnoręcznie, ma duże znaczenie. Bazowymi potrzebami są poczucie sensu i chęć tworzenia.  Punktem wyjścia jest intencja i zadanie sobie pytań:

Po co to robię? Czy to działanie służy mnie, lub komuś?

Wracając do realizacji planów. Upiekłam pasztet z cukinii, który smakuje lepiej, niż poprzedni, pomimo, że bez sera. Najważniejsze, że Mój Mąż wyraził swój zachwyt nad smakiem potrawy, co uskrzydliło mnie jeszcze bardziej i zmniejszyło ogólne zmęczenie.

Na obiad: rosół z makaronem, niestety bez pora, o którym zapomniałam.

Zaskoczenie: kozy pożerają ze smakiem kasztany!

Rozczarowanie: nie udaje mi się porozumieć z chłopakami na tyle, by  chcieć słuchać się nawzajem i przyczyniać się do wzajemnego dobra.

Porażka: mówię podniesionym głosem do dzieci, przechodzącym momentami w krzyk, gdy kolejny raz proszę ich o przyniesienie drewna a słyszę: „zaraz!”.

W nocy: padał deszcz, który zmoczył pranie i odświeżył wystrój na zewnątrz.

Smutek: bo niecierpliwość i złość wzięła górę nad łagodnością i empatią.

Żegnam wczorajszą rzeczywistość i otwieram się na dzisiejszą.

Katia

 

Dodaj komentarz »

Jak mówić, by inni słyszeli?

Zastanawiam się jak komunikować się z ludźmi, aby słyszeli to, co mówię?

Jak być prostą, jasną i czytelną w relacjach?

Jak mówić, aby  inni odbierali mój przekaz zgodnie z  intencjami?

Czy same intencje wystarczą w sytuacji gdy zawiedzie coś innego, np. merytoryka? zewnętrzne okoliczności? gorszy dzień?

Już miałam okazję się przekonać, choćby  na warsztacie dyplomowym, że nie! Czasem bywa tak, że ograniczenia są po drugiej stronie. Wówczas, gdy rozwijają się w oparciu o proces drugiej osoby, często bolesny, mam niewielki wpływ na przebieg relacji. Czuję zachwianą równowagę  w kontakcie. Środek ciężkości przenosi się na drugą stronę, a czasem wręcz w ogóle wypada z kręgu, co jest nieszczęściem, gdyż nikt nie ma nad nim kontroli. Czasem, przyznaję,  udało mi się otrzeć o mistrzostwo świata i  tak dać nura w relację, że pomimo wiadomych ograniczeń, potoczyła się ona z korzyścią dla obu stron.

Czasem  relacje nie są karmiące. Coś w nich puchnie jak w przeterminowanej żołnierskiej puszce. Lub zatruwa nas od trzewi. Pojawiają się ból głowy, ociężałość, inne trudności.

Może przyprawy nie takie?  Może zachwiane proporcje?

Takimi rozważaniami łamię sobie  głowę w ten zalany słońcem sobotni poranek. „Łamię sobie głowę” brzmi jakoś topornie i ciężko, nie oddając faktycznego stanu. Po bliższym sprawdzeniu i weryfikacji, okazuje się, że nie sprawia mi to specjalnej trudności. To tylko chwilowe otarcie się o  mity i stereotypy. Tak więc spokojnie, easy.

Zostało mi jeszcze jedno okno do umycia, zaległe  z poprzedniego tygodnia. Planuję rutynowe porządki, jak co tydzień. Dodatkowym atutem jest cudowne ciepło i duże nasłonecznienie, co stwarza sprzyjające okoliczności i poszerza spektrum działania. Zamierzam przejrzeć swoje materiały i zapiski pod kątem zajęć, które mam zacząć w przyszły piątek oraz warsztatu dyplomowego, który wstępnie planuję na listopad.

Zatem oddalam się zastosować teorię w praktyce. Katia

Dodaj komentarz »

Mogłaby…

Mogłaby wyhaftować krzyżykami jakiś piękny pejzaż. Mogłaby zrobić na drutach kawałek swetra lub choćby ciepły szal. Mogłaby zatracić się w sprzątaniu, oglądaniu telenoweli, pisaniu wspomnień. Mogłaby zapisywać sny, co z pewnością zaciekawiłoby wiele osób, bo sny ma kolorowe i pełne szczegółów. Mogłaby zahodować kury znoszące złote jajka, lub przynajmniej perliczkę. Mogłaby upiec pasztet z cukinii, placek z dyni, czy zniewalającą karpatkę, jak tyle przed nią. Wydaje mi się, że mogłaby przynajmniej ścierać kurze i być dla mnie wsparciem. Matka, która mnie urodziła. Wciąż potrzebuję matczynego ciepła, bo za mało doświadczyłam go w dzieciństwie?  Czy oczekuję zbyt wiele? Czy domagam się bezprawnie? Przeczuwam, że jedynym dobrym rozwiązaniem na uzdrowienie tej relacji jest  Jej bezwarunkowa akceptacja. Ale dzisiaj nie jestem jeszcze na to gotowa. Zbyt dużo me mnie uczucia złości- bo potrzebuję spokoju, frustracji-bo potrzebuję stabilizacji, wściekłości- bo potrzebuję pewności, że to wszystko ma sens, że spoiwem trzymającym kulę ziemską w kosmosie jest miłość. Dlaczego nie dam spokoju swojej matce i ciągle czegoś od niej wymagam? Czy nie wystarcza mi sam fakt, że mnie urodziła? Powinnam dać jej wreszcie spokój. Powinnam  dojść do przekonania, że stawiam jej za wysoko poprzeczkę swoimi ciągłymi oczekiwaniami. Nieustannie ją krytykuję, bo… nie godzę się na jej bezradność. Razi mnie jej bezczynność…bo nie akceptuję jej u siebie? Pcham ją ku aktywności, bo cenię sobie działanie i pomysłowość? Tylko dlaczego uparłam się na swoją matkę? Bo chciałabym mieć na nią wpływ? Bo nie dociera do mnie, że nie mogę brać na siebie odpowiedzialności za nią? Powinnam wreszcie dorosnąć. Zwłaszcza w sytuacji, gdy odnalazłam swoje wewnętrzne dziecko, a moje rzeczywiste dzieci są już albo całkiem dorosłe, albo prawie. Smutna prawda, lecz nieunikniona… Katia

Dodaj komentarz »

Nadzieja

Jem jajecznicę na szynce i pomidorach i delektuję się tymi smakowitymi chwilami spędzonymi w domu, zanim wyjdę do pracy. Ważne odnotowania jest to, że po przebudzeniu zaczęła we mnie narastać nadzieja. Gdy podłączyłam się do myślenia, zauważyłam, że mam w sobie coraz więcej nadziei…

– Skąd nadciągała nadzieja? Co było inspiracją dla niej?

– Nie wiem…

– Może jednak wiesz?

– Nie wiem, trudno mi się skoncentrować.

– Zamknij oczy. Pobądź chwilę u siebie …

– Słońce się bawi w chowanego z cieniem na mojej twarzy…Tak bym chciała przedłużyć tę chwilę…

– Co cię od niej odciąga?

– Myśli o nadziei

– Czyli szukasz odpowiedzi?

– Tak i wydaje mi się, że wiem z jakiego obszaru nadciągnęła!

– ?

– Z obszaru serca. Tam czuję coś żywego  i teraz jestem pewna

– Zatem nie z przemyśleń?

– Nie, one były niejako skutkiem ubocznym potrzeby… dostania otuchy i bezpieczeństwa.

– Czy jesteś zadowolona z tej odpowiedzi?

– Tak, bo trafia w sedno!

– Czy dzięki temu procesowi nabrałaś więcej pewności do zaufania sobie?

– Tak… wzmocniłam się w przeświadczeniu, że tak naprawdę we mnie są odpowiedzi na wszystkie pytania. Potrzeba mi tylko więcej odwagi i ugruntowania w sobie.

Nadzieja wytworzyła się po odczytaniu maila od mojej koleżanki M, która wpadła na pomysł /w skrócie/ że jeśli nie może zebrać  się grupa na szkolenie w jej mieście, to jest gotowa przyjechać do mnie i zrobić je dla moich znajomych! Jeśli znajdzie się kilka osób chętnych. To naprawdę dobry pomysł, otwierający całkiem nowe perspektywy! Czuję radość, bo poczułam się wzięta  pod uwagę i ważna dla kogoś. Czuję bezpieczeństwo bo potrzebowałam więcej jasności, poczucia sensu i komfortu. Teraz ta perspektywa koreluje bardziej z moimi potrzebami. Zapowiada się piękny, słoneczny dzień, pełen nadziei! Katia

Dodaj komentarz »

Źle przespana noc

to była źle przespana noc

kąsał mnie sen ale nie karmił

minuty odbijały się od ścian

niczym echo nieodsłuchane należycie

sekundy kapały z kranu czasu

prawie bezgłośnie lecz uporczywie

to była źle przespana noc

z takim bagażem wchodzę

w kolejny wariant swojego istnienia

przede mną następna odsłona…

Katia, 25.09.2012r

 

Dodaj komentarz »

Kasztany

Gdy kasztany pękają w swych kolczatkach, to nieuchronny znak zmiany kierunku pór roku. Pojawiają się pierwsze mgły,  ścielące  się do stóp jak wierne psy. Dzisiejszego ranka premierę miał przymrozek, który poturbował chmury na różowo. Nie dokonałam dziś nic nadzwyczajnego. Ot, z myślą o dzieciach kupiłam 2 drożdżówki a mamie konieczne leki. Starałam się być dla niej miła i łagodna. Znów nie napisałam poczytnej książki. Postawiłam kropkę nad i w zakresie prania, które zaczął i ładnie kontynuował Mój Mąż. Nie przypominam sobie, żebym kogokolwiek krytykowała dzisiaj.  Nie odebrałam przekazu na 10. tysięcy funtów. Nawet nie potrafiłam dobrze wstać z łóżka, bo długo nie miałam do tego przekonania.

– Ile miałaś  dziś w sobie obecności?

– Gdzieś tak na 40%.

– Jak się z tym masz?

– Czuję się nie  za bardzo przytomna. Nieco zamroczona i z przytępionymi zmysłami.

– A jak byś chciała, żeby było?

– Ekscytująco i z odsłoniętymi nerwami. Pod słońce w ten przejmujący chłodem poranek…

Katia

Dodaj komentarz »

Powtarzalność

Może myli nam się czasem codzienność z powtarzalnością- stąd tyle szumu. Fakt, że jeśli tak się ustawić do rzeczywistości…to można mieć dość wielu czynności przez ich upierdliwość i nieuchronność. Myślę, że ważnym  momentem po którym możemy poczuć ulgę  i taką kompleksową zgodę na powtarzalność w codzienności /ja poczułam/ jest uświadomienie sobie poczucia wpływu na to, co się z nami dzieje oraz potęga sprawczości. Tak zwyczajnie i po prostu bez wielkich słów i podpinania pod teorie. Gdy zaufałam swojej intuicji, przekonując się co rusz, że dobrze na tym wychodzę, już wiem co mi służy.

– Czy jest mi dzięki tej strategii lżej?

– Owszem.

– Czy zastanawiam się gdy ja stosuję?

– Nie. Działam odruchowo.

– Czy podejmując decyzje kieruję się czymś jeszcze?

– Czasami. Gdy ktoś próbuje mnie namówić do jakiegoś działania, a ja czuję wewnętrzny opór…wtedy włączam myślenie…To znaczy, że coś jest nie tak i decyzja wymaga innych narzędzi do podjęcia.

– A gdzie jest wtedy intuicja?

– Odtrącona na bok i przysypana obierkami zrzucanymi na nią jak przy obieraniu cebuli.

– Z czego są te obierki?

– Z racjonalnego myślenia, z efektu po ścieraniu się powinności ze stereotypami.

– Co robię aby do niej dotrzeć?

– Zatrzymuję się, jeśli to możliwe i skanuję tę chwilę w mgnieniu oka.

– Co mi to daje?

– Perspektywę. Dystans. Odświeżenie spojrzenia. Powrót do punktu wyjścia.

– Czy zataczając tak wielkie koło nabieram pewności co do kierunku?

– Z cała pewnością tak. Ten przeżyty podprogowo czas pozwala mi nabrać pewności co dalej.

– Zatem wydaje się to szalenie proste?

– Bo jest proste w najprostszym kształcie.

– Gdybym miała przedstawić intuicję za pomocą jednego znaku graficznego?

– Byłaby to kropka.

Katia

Dodaj komentarz »

Codzienność

Ostatnio codzienność jest dla mnie tym, co mi się przydarza tu i teraz. Nie nadaję jej mniejszej rangi niż wyjątkowym chwilom, które bywają lampkami przy ostrych zakrętach. Te wyjątkowe chwile są przecież niczym innym jak wysłannikami codzienności. Przyznam, że z niejakim trudem dzielę się z Wami tym, co odkryłam… że tak naprawdę wszystkie chwile są dla mnie równie ważne. Może to dziwne, ale nie mam potrzeby ich różnicowania  i ustawiania w hierarchii. Czuję spokój, że tak jest. Bo potrzebuję ugruntowania w podłożu. Żeby było jasne: nie zastygnąć z nogami w cemencie, tylko w miejscu o przepuszczalnym podłożu, złożonym ze zróżnicowanego budulca. Tego potrzebuję teraz. Tak więc niezależnie od tego, czy uczestniczę w ważnym spotkaniu, czy czekam na autobus zatopiona w sobie, lub w niezobowiązujących rozmowach z przypadkowymi współpasażerami… czuję się „tak samo”… zachowując ciągłość swego przypadku i ciekawość na to co mi się przydarzy? Katia

Dodaj komentarz »

Gdybym odeszła…

gdybym odeszła tak jak siedzę

w jasny słoneczny dzień

w tej chwili rozlanej jajkiem

na patelni nie nagrzanej należycie

gdybym odeszła cicho i niezauważenie

tu i teraz pomiędzy cudzymi myślami

uznanymi za swoje

w zwykły kolejny dzień

tak jak dzisiaj

czy zostałoby po mnie coś więcej

niż szafa fatałaszków?

niż półki z książkami

ciągnącymi się przez całą moją tożsamość?

czy zostałoby coś jeszcze oprócz

zdjęć rozbrykanych jak stado mazurków

na poddaszu świadomości?

coś jeszcze oprócz kilogramów słów?

za ciężkich by wzlecieć w powietrze

za lekkich by pójść na dno…

tak się zastanawiam nie wiedzieć czemu

właśnie w tym miejscu do którego doszłam

mając niezłą perspektywę

lecz wciąż zbyt mało bezczelności

by zmienić coś więcej niż

miejsce z fotela na twardsze krzesło

czy to przypadek że właśnie teraz?

w tym miejscu?

w tej bursztynowej godzinie

przerabiającej okruchy życia w wieczność?

Katia 23.09.2012

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz »